Moje kucharzenie

Ciekawe miejsca / Interesting places

niedziela, 20 marca 2011

The Stitch & Craft Show

Zmęczenie ze mnie wyłazi, ale jestem bardzo zadowolona z wczorajszego wyjazdu. Ale po kolei...
By dotrzeć na autokar do Londynu musiałam podjechać na dworzec autobusem miejskim. Ten się spóźnił o około 10 minut, co spowodowało, że na połączenie do Londynu spóźniłam się o 3 minuty. Kierowca autokaru nie poczekał na mnie, oczywiście, bo niby skąd miał wiedzieć, czy w ogóle dotrę... Co prawda kierowcy National Express maja listę pasażerów, ale nie są zobowiązani, by czekać na kogoś, kto spóźnia się nawet o zaledwie 3 minuty.
Trochę podłamana sprawdziłam o której mam następny autokar. Był za niespełna dwie godziny. Postanowiłam poczekać, bo jakże mogłabym zrezygnować z takiej okazji, jaką było wczorajsze wydarzenie. Nie miałam pewności, czy kierowca mnie zabierze, bo powinnam była kupić bilet na ten kurs. Zapytałam w biurze sprzedaży, czy mogę kupić bilet, ale okazało się, że gdybym go kupiła, to zapłaciłabym ponad dwukrotnie więcej niż płaciłam rezerwując bilet przez internet kilka tygodni wcześniej. Postanowiłam jednak spróbować wyprosić u kierowcy, by zabrał mnie na nieważny, bo spóźniony, bilet. Udało się! Zanim jednak pojechałam w końcu do Londynu, musiałam zrobić coś z czasem, jaki mi został do podróży. Stać ponad godzinę na mrozie zupełnie mi się nie uśmiechało. Poszłam więc sobie na kawkę do jedynej zauważonej przeze mnie knajpki otwartej w sobotę o tej barbarzyńskiej porze (chwilę po ósmej rano). Kawka pyszna - cena mniej zadowalająca :-)
Dalej już takich przeszkód nie było. W Londynie słoneczko tak pięknie i mocno świeciło, że zaczęłam się gotować w kurtce i zazdrościłam ludziom leciutko ubranym, choć niektórzy raczej przesadzili wkładając na nogi japonki albo ubrani w koszulki na ramiączkach. Metro znów mnie rozczarowało. Po pierwsze District Line, którą musiałam się dostać do Kensington Olympia z Victoria Station to nie jeden pociąg, a dwa i musiałam się przesiadać. Napawało mnie to lekkim niepokojem, bo odnaleźć się w londyńskim metrze nie znając go kompletnie, to niezła sztuka. Jednak koniec języka za przewodnika, a Polaków spotkasz wszędzie ;-) Jakaś młoda Polka wskazała mi drogę, jak dostać się na odpowiednią platformę, by pojechać tam, gdzie chcę, a nie w przeciwnym kierunku. Po tym już trafiłam bez trudu. 
Gdy weszłam do centrum wystawienniczego od razu wiedziałam, że nie będzie łatwo zobaczyć wszystko, co chcę. Tłum był dziki i by się dopchać do jakiegokolwiek stoiska choć na odległość taką, by mieć jako taki dostęp wzrokowy, trzeba było mieć niezłą siłę i sporo chamstwa. Inaczej zbite grupy starszych pań wypychały coraz dalej od obiektu Twoich zainteresowań. Akurat przy samym wejściu stało stoisko z tanią wełną różnego rodzaju w ilości zabójczej, wokół której kłębiły się dziesiątki, jeśli nie setki pań. Przejście przez ten tłum, by dotrzeć do kolejnych stoisk - walka wręcz :D
Na tym piętrze rozstawione były rzędy stoisk ze wszystkim do haftów (głównie krzyżykowych), szycia i dziergania oraz do tworzenia biżuterii.
Przy tych tasiemkach po prostu zgłupiałam i ostatecznie nic nie kupiłam, czego przeokrutnie żałuję...
Piętro niżej, gdzie było najmniej stoisk,  były praktycznie same stoiska z wełną. Zaopatrzyłam się tam w niezwykle tanią i piękną wełnę akrylową w kolorze czerwonym w ilości 1kg.

Na tym piętrze była też "ciekawostka". Otóż na wielgaśnych drutach wydziergany był kawał "czegoś"... 
Na najwyższym piętrze był świat cardmakingu. I tam oszalałam. Spędziłam tam najwięcej czasu przeglądając cuda do tworzenia kartek, w cenach czasem nawet o połowę niższych niż w sklepach internetowych. Gdyby nie fakt, że byłam bardzo ograniczona finansowo, to wróciłabym do domu z trzy razy większym pakunkiem.
Właściwie nie potrafię opisać dokładnie, co tam widziałam, co można było kupić i co tam się działo, poza tłumami. Nadal jestem tą wyprawą zmęczona...
Po powrocie do domu czekała na mnie jeszcze jedna craftingowa niespodzianka. Dotarły zamówione kilkanaście dni temu czasopisma krzyżykowe. No i stęskniona rodzinka nie odstępowała mnie na krok.
Fajnie czasem tak gdzieś pojechać i wrócić, i czuć, że ktoś tęsknił  :-)

5 komentarzy:

jola_zola pisze...

ojej... to takie targi są organizowane w londynie, musisz mi o nich i ich terminach więcej powiedzieć żebym mogła wysyłać tam siostre:)
Aha, dzisiaj siosra wysłała do Ciebie przesyłkę ode mnie)
mam nadzieję że szybko dotrze:)
pozdrawiam:):):)

Magda pisze...

Takich targów jest w Londynie więcej, tyle tylko, że do tej pory nie bardzo się nimi interesowałam z powodu konieczności dojazdu. Żeby tam dojechać, łącznie z autobusem miejskim i metrem potrzebuję ponad 3 godziny w jedną stronę. Jeśli będę coś wiedziała więcej o jakichś targach, to dam Ci znać na maila :-)

jola_zola pisze...

super Magda, bardzo bym Cię o to prosiła:)
Takie wiadomości będą dla mnie bezcenne:)
Pozdraiwam serdecznie:)

Katarzyna / Kathryn pisze...

Blagam, jak cos bedziesz wiedziec o takich targach -daj znac! Moze sie umowimy i pozwiedzamy razem?

Magda pisze...

Na pewno dam znać, jeśli coś będę wiedziała i z chęcią się spotkam i połażę po targach w towarzystwie :-)